Indonezja | Moja-Indonezja.pl

O tym jak przewrotny bywa los, czyli jak to jest, gdy marzenia się spełniają ;)

z Sumatry Północnej – Małgorzata Lachtara

Jestem wiedźmą długodystansową, która parę lat temu wylądowała na północnym krańcu Indonezji nieopodal dżungli i się przebiegunowała po tej drugiej stronie globu, jakieś 800 km od równika. W przecudnym lesie deszczowym niedaleko słynnej osady Bukit Lawang jestem sobie, a wcześniej tylko bywałam z turystami z Polski i krajów sąsiednich, jako półprzewodnik – czyli asystentka szamana i tłumaczka międzygatunkowej komunikacji: orangutany, delfiny i my. My – ginący gatunek homo sapiens (bez, którego orangutany i tak świetnie dadzą sobie radę). Dlatego właśnie dla naszego zagrożonego gatunku marzyło mi się stworzyć nad Rzeka Landak ośrodek rozwoju świadomości poprzez techniki quantum, artetetapię itp. I to w czasach, gdy nie spodziewaliśmy się tak szybko postępującej destrukcji psychofizycznej ludzi.

Ściślej mówiąc, to ja się nie spodziewałam, bo nasz szaman Remi raczej wiedział, że nadchodzi coś gorszego od tsunami. Odkąd się poznaliśmy przebąkiwał często coś na ten temat, co wówczas dla mnie było niezrozumiałe. Potem wskutek plandemii zastanawialiśmy się nad stworzeniem na naszej sumatrzańskiej ziemi rezerwatu dla king kobry, jako antidotum poszczepienne 😉 Znaleźliśmy nawet jaja węża zakopane nieopodal domu w ziemi i to nomen-omen na Wielkanoc! 🙊 🙂 Toteż juz bardzo uważam, na słowa i nie robię sobie jaj. O tym jaką moc sprawczą mają przeklęcia będzie w innym poście, przy okazji pewnej naszej niechlubnej historii, udokumentowanej na grupie facebook’owej „Sumatra”. Tak więc jestem sobie na swej ziemi obiecanej (120 m. kw) w mym pięknym ogrodzie, który uprawiam głównie sama, żyjemy tu zgodnie z naturą, z tego co wyrośnie oraz z darów naszej rzeki. 

Remi uprawia głównie manianę i poluje nocą na duriany sąsiadów 😉 Z czasem okazało się, że jest on minimalistą i niewiele temu memu wspólnikowi potrzeba, bo takie wynalazki cywilizacji, jak kran, zbiornik na wodę, a nawet stół czy krzesło są nieistotne, można się obejść. Toteż drobną stolarką zajęłam się sama, niekiedy z pomocą sąsiadów. Do niedawna Remi wolał  chodzić po wodę z wiadrem do rzeki, ale odkąd po długich pertraktacjach wprowadziłam trochę cywilizacji i skłoniłam go do zainstalowania na dachu rynny, jest bardzo zadowolony, odzwyczaił się od chodzenia z wiadrem nad rzekę; tak się odzwyczaił, że w czasie suszy jesteśmy czasem bez wody 😉 Tak więc niczym Robinson Cruzoe mam tu pracę u podstaw i nie narzekam. Odkryłam jak nie wiele potrzeba do życia, szczególnie gdy klimat jest łaskawy. Gdyby nakręcić film o mej indonezyjskiej historii byłaby to groteskowa komedia lub łzawy melodramat (do wyboru) i na domiar kiczowaty, bo taki mało wiarygodny. No ale cóż, samo życie dało mi taki fantastyczny scenariusz, którego nie da się już bardziej koloryzować. Mimo, że świadkami tych najbardziej niezwykłych historii była rodzina lub znajomi z Europy, to jednak zdaje sobie sprawę, że chcąc wydać książkę podróżniczą, a nie fantasy,  niektóre wątki będę musiała pominąć, bowiem grozi mi „Sto lat Samotności”, a takich ambicji literackich nie mam. Będzie prosto i realnie, jak na spowiedzi. 

Obecnie postawiona zostałam pod ścianą na swym odludziu w lesie deszczowym: dosłownie i w przenośni. Na świecie lockdown, za mną ściana sumatrzańskiej dżungli, a przede mną ceglana łazienkowa ściana, wybudowana za ostatnie pieniądze za dobrych czasów, kiedy to samoloty latały. Tę swą ścianę w łazience od roku pieczołowicie wyklejam mozaiką z kolorowych kamieni znad tutejszej Rzeki Landak. A mam jeszcze trzy takie ściany i podłogę, cobym się przypadkiem nie nudziła w oczekiwaniu na otwarcie granic, na spotkanie z rodziną, mimo że w domu i ogrodzie roboty mam w bród, to dopiero mój hardArt odrywa mnie od niepewnej rzeczywistości. Ta kamienna murowana twórczość pochłania mnie często maniakalnie, tak, że mam tu istny Batu Land (batu ind.- kamień) i boję się na myśl o dniu, w którym może mi zabraknąć cementu. Ale otuchy dodaje mi jedna przewodnia myśl: że zawsze dostajemy od losu, tyle, ile jesteśmy w stanie udźwignąć. Jednak już wiele udźwignęłam, moja rozłąka z synem, którego plandemia zatrzymała u ojca w Anglii, trwa już ponad dwa lata i gdy tak patrzę na te piętrzące się dookoła mnie sterty kamieni i zastanawiam się jak ja to wszystko przytaszczyłam znad tej rzeki pod tą swoją stromą górkę, to panika mnie ogarnia. 

Mój kamienny czas jak rzeka płynie, co jest też optymistyczną nowiną. Mój koniec świata, który stał się początkiem. Gdy po raz pierwszy wylądowałam na Sumatrze, by spotkać się w dżungli z orangutanami, nie spodziewałam się, że dane mi będzie lecieć do tej krainy jeszcze trzy razy w ciągu roku, pokonując bagatela 11 tys. km w jedna stronę. Jak tego dokonałam będąc jedynie na nauczycielskim etacie, tego sama już nie wiem, ale na pewno dopomógł mi w tym mój kochany mąż, pamiętam, że zawsze trafiały mi się bardzo okazyjnie loty, a i szybko zaczęłam latać za darmo, jako przewodnik. Żartowałam wówczas, że muszę sobie chyba wykupić bilet miesięczny, bo pójdę z torbami. Gdy wróciłam ze swej pierwszej wyprawy z tę drugiej półkuli, względem Europy prawej;) już nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca w domu, tym bardziej, że doznałam w tej podróży cudownego ozdrowienia z przewlekłej choroby, na którą wedle lekarzy i całej medycyny akademickiej miałam być skazana niemal do końca życia (szerzej o tym na blogu). Jako wiedźma długodystansowa latałam tu i tam dzieląc się sekretami medycyny nieakademickiej, czerpiąc wiedzę ze swego źródła oraz od indonezyjskiego przyjaciela szamana.

Zaczęłam z powodzeniem leczyć nie tylko siebie, ale innych. Z przewodnikiem po dżungli, Remim jungle boy’em zaczęliśmy też organizować dla turystów z Polski wycieczki na ten koniec Indonezji, gdzie żadne biura podróży nie kursują. I ten koniec świata stał się dla mnie właśnie początkiem tej najważniejszej podróży bez biletu powrotnego, w głąb siebie. Bo oto wraz z postępującą plandemią, mamy tu w Indonezji coraz bardziej drastyczny lockdown. Jestem w kraju, gdzie nie ma prawa dla obcokrajowców, ale ja na szczęście mam prawo dżungli, zawsze łaskawe, a błędnie interpretowane przez nasze pokolenia. Małpy, słonie, lwy, słowem ptaki i ssaki nigdy nie pozwolą sobie, by na czele ich stada stał najgłupszy osobnik, one wiedzą, że w jedności siła. Obserwowaliśmy tutaj kiedyś pewnego samotnego makaka, skazanego na banicje przez przez swoje stado. Tak się często dzieje, gdy makak złapany przez człowieka trafia do jego domu jako maskotka, a gdy uda mu się zwiać lub małpiszon się ludziom znudzi, to czeka go ciężki los. Żadne stado makaków nie przyjmie go już do siebie.

Nasz okoliczny makak miał szczęście, błąkał się samotnie w naszym lesie około tygodnia, przez ten czas zakradał się pod nasz dom, plądrując, co się da, głównie worek ze śmieciami, nie pogardził nawet fusami z kubka kawy pozostawionego na ganku. Aż tu razu pewnego, nasze zaprzyjaźnione stadko Thomas lives Monkey (te endemiczne małpy żyją tylko na Sumatrze) przygarnęło go do siebie. Widzieliśmy jak siedział i jadł z nimi, spał z nimi na drzewie, a potem powędrował z ich drużyna w głębsze rejony lasu. Od czasu do czasu odwiedzają nasz okoliczny las: męskie stadko Thomasów z makakiem na czele i makak ma się z nimi dobrze, choć one z nim nie za bardzo :). Bowiem te przyjazne, ustępliwe Punky Monkeys – zwane tak od białych irokezów na głowach, dużo większe od makaków, ze stoickim spokojem znoszą jego bandycka zachłanną naturę, gdy wyrywa im z rąk banana lub skórki po durianach nie skończywszy jeść własnych, takich samych zdobyczy. 

Zawsze miałam zbawienny dystans do świata, do tego, co mnie spotyka, ale tu na tej szerokości geograficznej zaczęłam widzieć trochę wyraźniej. Może dlatego razu pewnego morze porwało mi z nosa moje okulary, ale niestety za sprawą mojego szamana zwróciło na drugi dzień i to po nocnym sztormie. Świadkowie zdarzenia komentowali: „Najprawdopodobniej są już w sąsiedniej Malezji”. Ale nie… i to jest długa niesamowita historia mająca osobny rozdział. Teraz niech będzie chronologicznie. Po 20 latach chodzenia do szkoły powiedziałam sobie: „dość, tych wygłupów, za stara jestem, ileż można, czas dorosnąć”. I razu pewnego na szkolnym korytarzu było duże zgromadzenie pod słupem ogłoszeniowym, na którym miejski ośrodek kultury i urząd miasta wieszają plakaty. Normalnie to tam nigdy za bardzo przy tych ogłoszeniach ludzie się nie gromadzą, tym bardziej dzieciaki, no może raz była podobna sytuacja, gdy pewien niesforny Kamil z 6b dorysował na cyrkowym plakacie koniowi wiozącemu na grzbiecie akrobatów penisa i podpisał: „i ch**j ci w d***” (oczywiście przez samo „h” napisał), ale szybko namierzyli nieszczęśnika, bo zapomniał, że ma nad sobą kamerę. Tym razem plakat był bez uczniowskich korekt, nosił tytuł: „Ludzie Sumatrzańskiej Dżungli” i na pierwszym planie zdjęciowym byłam ja w objęciach orangutana, na drugim mój szaman z niebieskim prawdziwym/żywym motylem na czole. A zgromadzona gawiedź uczniów wykrzykiwała: ” O! nasza pani! Ona przecież miała z nami nie tak dawno lekcje?! Jak myślicie, wróci jeszcze do nas? Zobacz mamo, nasza pani od polskiego!”. Obrazy z kamer na monitorach ruszyły z miejsca  nieświadomą jeszcze tego wydarzenia sekretarkę pod ów słup ogłoszeniowy. Ja bynajmniej nie życzyłam sobie takiego rozgłosu w szkole, chciałam cicho zamknąć za sobą drzwi, rozstałam się już tam ze wszystkimi w miłej, a nawet nostalgicznej atmosferze. O całej tej scenie poinformowała mnie koleżanka matematyczka płacząc niemal ze śmiechu do telefonu.

Byłam właśnie z indonezyjskim przyjacielem Remim w Polsce, na „misji pokojowej”, jak żeśmy to szumnie nazwali (nie byłoby nas stać na dwa bilety) i dzięki znajomym wolontariuszom, mógł dotknąć śniegu, a nawet nauczyć się jeździć na nartach w mych rodzimych Karkonoszach. A na dokładkę ze względu na swój talent muzyczny dostał on zaproszenie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i wystąpił na dwóch koncertach. Toteż w indonezyjskiej wiosce w domu jego mamy możemy zobaczyć na ścianie dyplom z podziękowaniami od WOŚP – niezwykły to zasięg. Słowem to zaklęta jestem w raju i „zaklęta” to bardzo odpowiednie słowo, bo z czasem raj ten przeistoczył się w czyściec, gdy nie nauczyłam się jeszcze czerpać ze źródła bez biletu powrotnego. Tu wszystko nabiera innych proporcji, bo jak już wspomniałam moim marzeniem było stworzyć w tych pięknych okolicznościach przyrody ośrodek dla naszego zagrożonego gatunku, dla rozwoju naszej świadomości. 
Marzyło mi się gościć nauczycieli non-duality i wszystkich chcących dzielić się dobra energia, a ja wraz z szamanem chciałam prowadzić z gośćmi artetetapię, ziołolecznictwo i jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy mieliśmy w planach, na komunikacji międzygatunkowej w dżungli rozpoczynając. Jak teraz sięgam pamięcią, to była to intencja puszczona wiele lat temu, gdy jeszcze chyba nie bardzo miałam pojecie, gdzie leży Sumatra i kiedy to nie bardzo byłam świadoma faktu, ze właśnie wysyłam intencję:) No i proszę bardzo: Mam! Moja radosna twórczość: malarstwo, rzeźbiarstwo, mozaika i dziewiarstwo – koszyki na szydełku, rozwija się w najlepsze. Jestem pilną i jedyną uczestniczką wszystkich warsztatów, angażuję się w każde twórcze wydarzenia, jakie mają miejsce w tym mym ośrodku, nie tylko w rękodzieło: ale mam tu także zajęcia muzyczne: taniec i śpiew 🙂 A co do samorozwoju – to zrobiłam kwantowy krok milowy. Miałam tu nawet satsangi z Moojim, z Nitya i na żywo on-line, bo otrzymałam  darmowe uczestnictwo 🙏 ❣️