Pościg za dzikimi końmi na Wyspie Muna

2026-05-17

Niektóre miejsca wydają się być odkryte. Inne wydają się być zapamiętane. Wyspa Muna, u wybrzeży Sulawesi Południowo-Wschodniej niedaleko Kendari, zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.

Wyspa Muna to miejsce, które odwiedza niewielu turystów, co właśnie skłoniło mnie do przybycia.

Poznałem pana La Hada tuż poza wsią Bolo, w skupisku prehistorcznych jaskiń, które wydają się leżeć gdzieś między mitem a mapą. Wyspa nosi obrazową historię dawnej kultury koni. Jaskinie mają datować się na dziesiątki tysięcy lat, a niektórzy twierdzą nawet na 39 000 lat, lokując je w gronie najstarszych śladów ludzkiego życia w tym odległym zakątku Wyspy Muna. Zawierają prehistoryczną sztukę na skałach, wygrawerowaną pigmentem na kamiennych ścianach. To miejsce, w którym historia wydaje się mniej czymś zarejestrowanym, a bardziej czymś, co wciąż unosi się w powietrzu.

Dziękuję, że przyszłeś,” powiedział serdecznie pan La Hada, wyciągając zakurzoną od jaskiń dłoń. „Od 1992 roku jestem opiekunem jaskiń tutaj. Mamy 19 jaskiń, ale tylko dziewięć jest dostępnych dla zwiedzających.

Z torby pan La Hada wyciągnął dobrze zużytą księgę gości. Ja podpisałem, a potem przewertowałem zapisy. Przez pięć lat było tam zaledwie 15 obcych nazwisk. Uśmiechnąłem się. Wyraźnie dotarłem w odpowiednie miejsce.

Pierwsza jaskinia była płytkim wysięgiem, jej sufit ozdobiony był wyblakłymi czerwonymi rysunkami. Proste, lecz głęboko ekspresyjne, postacie w kształcie patyczków przedstawiały codzienne życie: ludzi, konie, świnie, psy i odciski dłoni.

Druga jaskinia była większa, ciemniejsza i chłodniejsza, otwierająca się na 20-metrową komorę wypełnioną zielonymi cieniami. Nawa stalaktytów kapała z góry, a stalagmity wznosiły się jak ciche strażnice. Tutaj rysunki wydawały się bardziej skomplikowane. Pojawiały się psy i świnie, obok odważnych przedstawień słońca i dużych koniopodobnych istot, na których niektóre miały jeźdźców spoczywających na ich grzbietach. Nie dało się nie zatrzymać i zastanowić, kim byli ci ludzie i jakie historie chcieli zachować.

Zanim zdążyłem dłużej pobyć, zauważyłem, że za mną tworzy się mały tłum. Kilku miejscowych zebrało się, ciekawych nieoczekiwanego cudzoziemca wędrującego po ich jaskiniach. To stało się powtarzającym się motywem w kolejnych dniach. Gdziekolwiek się pojawiałem, towarzyszył temu szmer podekscytowania, a za nim gromadka dzieci.

Rozmowy rozwijały się szybko, nawet ponad barierami językowymi. Były pytania, śmiech i prośby o zdjęcia. Nie jedne czy dwie, co najmniej pięć, każda z nieco innego kąta. Selfie robiono z entuzjazmem; każdy przepychał się, by zająć miejsce. I w ten sposób obcy stawali się przyjaciółmi. Po pożegnaniach nie było pośpiechu. Przychodziły z uśmiechami, machnięciami i często serdecznymi uściskami. Indonezja przypomina mi, raz po raz, że ciepło to uniwersalny język.

W końcu poprowadził mnie dalej pan La Hada. Podczas spaceru wyjaśnił, że indonezyjscy archeolodzy, w tym zespoły z Dżakarty, zaczęli aktywnie badać jaskinie po uzyskaniu niepodległości przez kraj w 1945 roku. Przed tym jaskinie były w dużej mierze nieznane poza lokalnymi społecznościami.

Te jaskinie są wyjątkowe,” powiedział. „Są tu 316 rysunków i odcisków dłoni. A co gorsza, są tu duchy.

Spojrzałem na niego, niepewny, czy to folklor czy fakt.

Nazywamy je jins, lub djinn,” kontynuował. „Przychodzą najczęściej po południu. Figlarne. Rzucają kamieniami, a czasem większymi skałami. Jest ich kilka. Muszę być cierpliwy.

Naturalnie zapytałem, czy któryś z nich kiedykolwiek w niego wskoczył.

O nie,” powiedział szybko pan La Hada. „Boją się mnie.”

A o której godzinie przychodzą?” zapytałem.

Około czwartej po południu,” odpowiedział, zerknął na światło. „Właśnie teraz.”

Wydawało się to całkiem ciche. Mimo to czułem, że idę nieco szybciej ku wyjściu. Blisko wejścia do jaskini minąłem drobną ofiarę, jedzenie ułożone ostrożnie obok białej flagi na maszcie.

Te duchy to lubią,” powiedział pan La Hada.

Skinąłem głową i przyspieszyłem krok. Zbliżał się czas popołudniowej herbaty — a może i godziny jin.

Następny dzień przyniósł inny rodzaj napięcia. Tuż za Raha plakaty reklamowały wydarzenie z walką ogierów w ramach Festiwalu Wyspy Muna. Powiedziano mi, że to starożytna tradycja, rytualny konkurs, w którym samce koni walczą o uwagę cenionej samicy. Brzmiało to dramatycznie i całkiem warte zobaczenia.

Kiedy przybyłem, jednak czegoś brakowało: koni.

Mój przewodnik wyjaśnił, że konie Muna nie są udomowione. Poruszają się na wolności i czasem trudno je zlokalizować. Więc czekaliśmy.

W międzyczasie zaprowadzono mnie do dużego namiotu i usadzono w fotelu VIP. Wkrótce tuż za mną podążyła procesja urzędników, w tym członkowie legislatury, szef policji, Bupati (rejent) i inni dignitarzy. Zanim w pełni to pojąłem, zaproszono mnie do karaoke. Niestety, nie potrafię śpiewać, więc odmówiłem. Następowały przemówienia, trwające prawie 45 minut, podczas gdy lunch-boxy były rozdawane z imponującą skutecznością. Przez cały czas wydawało mi się, że jestem główną atrakcją dla miejscowego paparazzi. Telefony pojawiały się, robiono zdjęcia, i zastanawiałem się, jak ktoś nagle stałem się częścią programu.

Potem nadeszła muzyka, długie ballady śpiewane przez urzędników w prasowanych mundurach. Wciąż jednak bez koni.

W końcu ogłoszono, że walki ogierów zostały odwołane. Plan B to tradycyjny wyścig łodzi, i w ten sposób dzień się zmienił.

Wyścigi były żywe i pełne humoru. Spędziłem popołudnie, mieszając się wśród eklektycznej mieszanki ludzi: przyjaznych policjantów, sprzedawców waty cukrowej i nawet grupy pankrokowców z mohawkami i ćwiekowaną skórą. Wyspa Muna, okazuje się, ma szeroki zakres. Pod koniec dnia zyskałem co najmniej 20 nowych znajomych na Facebooku.

W drodze powrotnej, gdy światło łagodniało, dostrzegłem to. Dzikie koło, częściowo ukryte w dżungli, cicho paśło się. Oto on, nieuchwytny ogier z Muna. Bez widowni. Bez sędziego. Bez harmonogramu. Po prostu wolność.

Wcześniej słyszałem o Danau Fotune Rete, znanym również jako Jezioro Fotunerete, otoczonym lasami i wapiennymi krajobrazami, niedaleko terenów wypasu. Było także utkane w legendach, odległe miejsce, o którym mieszkańcy mówili szeptem, podobnie jak dzikie konie Wyspy Muna—należące tyle do legendy, co do ziemi.

Kontynuując drogę przez spokojniejsze wioski wyspy, zauważyłem inny rytm. Dzieci gaworzyły i wyrywały się za domy, wyłaniając z nieśmiałej ciekawości. Te drobne momenty pozostały ze mną.

Wyspa Muna może nie oferować dopieszczonego turystycznego doświadczenia ani przewidywalnych atrakcji, ale daje coś znacznie bardziej pamiętnego. Autentyczne spotkania, nieoczekiwane opowieści i poczucie, że doświadczasz miejsca dokładnie takie, jakie jest. A czasem, jeśli masz szczęście, pojawi się dziki koń — całkiem na własnych warunkach.

Wszystkie obrazy pochodzą od Aspin.

Jeśli jesteś zainteresowany skontaktowaniem się z moim przewodnikiem po Wyspie Muna:
  • Boeng Aspin
  • WhatsApp: +62 823 7286 6231
  • Email: aspinode@gmail.com
Michał Nowak

Michał Nowak

Dziennikarz i redaktor zajmujący się tematyką indonezyjską, ze szczególnym zainteresowaniem sprawami społecznymi i bieżącą aktualnością kraju. W swojej pracy koncentruję się na rzetelnej analizie faktów oraz ich jasnym przedstawieniu czytelnikom. Wierzę, że dobra informacja zaczyna się od zrozumienia kontekstu i odpowiedzialności za słowo.